niedziela, 8 lutego 2015

Koszmarów tak wiele, strach tylko jeden. - Część II.


"To było jak koszmar, który sprawił twój krzyk
Ponieważ nikt nie chce umierać zbyt szybko"


"Cierpienie wymaga więcej odwag niż śmierć."

                   Ruszyliśmy w drogę.
                   Góry były daleko od miasta, więc i droga była strasznie długa. Nie przeszkadzało mi to. Lubiłem jeździć konno tym bardziej w towarzystwie Lottie. Uwielbiałem z nią przebywać. Zawsze była uśmiechnięta, a ja kochałem jej uśmiech. Optymistyczne myślenie dziewczyny dodawało mi odwagi. Wiedziałem, że dopóki jest przy mnie mogę zrobić wszystko. Chciałbym zdobyć dla niej jedną z gwiazd, które tak kocha.
                   Jechaliśmy powoli, nie śpieszyliśmy się. Nasz zleceniodawca nie powiedział, że musimy to zadanie wykonać szybko. Mamy się tylko pozbyć potwora.
 - Ciekawe jaki jest ten stwór - odezwała się Charlotte, spoglądając z uśmiechem na mnie.
 - Sam nie wiem. Potwór jak potwór - odpowiedziałem, kątem oka dostrzegając jak przykłada delikatnie dłoń do ust i cicho się śmieje.
 - Uwielbiam te twoje odpowiedzi.
                   Uśmiechnąłem się i spojrzałem przed siebie. Nie odpowiedziałem. Nie musiałem. Wiedziała co chciałem powiedzieć.

♠~***~♠

                   Leżałem opierając się o pień drzewa. Zrobiliśmy krótki postój, aby napoić konie. Blondynka stała przy zwierzętach i zajmowała się nimi. Lubiła to robić, więc nie przeszkadzałem jej. 
                   Gdy tak na nią spoglądałem, stwierdziłem, że jesteśmy jak dzień i noc. Ona ubrana na biało z jasnymi włosami, lśniła niczym anioł. Słońce odbijało się od niej, tworząc poświatę. Była idealnym dniem. Ja za to cały na czarno byłem mroczny niczym noc. Jedynie moje blond włosy i błękitne oczy wyróżniały się, jak gwiazdy na nocnym niebie. 
                   Ale przeciwieństwa się przyciągają, prawda? 
                   Sen i jawa.
                   Yin i Yang.                
                   Noc i dzień. 
                   Życie i śmierć.
                   Strach i nadzieja.
                   Miłość i nienawiść.
                   Cierpienie i szczęście.
                   One wszystkie potrzebują siebie, aby istnieć. W końcu bez nocy nie nadchodziłby dzień, bez życia nie byłoby śmierci. Gdyby nie było jawy, wiecznie byśmy śnili. Bez yin nie ma yang, dopiero razem tworzą harmonię. Bez strachu nie byłoby nadziei, a bez nadziei nie byłoby strachu. 
                   Charlotte była moim idealnym przeciwieństwem. Delikatna, słodka, miła, kochana. Każdemu potrafiła zaufać i każdy ufał jej. Podczas gdy ja byłem wredny, arogancki i nieufny. Ludzie często omijali mnie szerokim łukiem. Ale nie ona. Ta mała istotka podeszła do mnie i pomogła mi otworzyć moje serce. Jednak pozostało otwarte tylko dla niej. To ona odkryła jaki jestem naprawdę. To ona mnie takiego pokochała. A ja pokochałem ją. 
                   Ciekawiło mnie jak długo to będzie trwać. Chciałem, aby mogło tak być przez wieczność...

♠~***~♠

                   Byliśmy prawie na miejscu. Zsiadłem z konia i rozejrzałem się po okolicy.
 - Wejście jest zbyt strome, abyśmy mogli po nim wjechać - stwierdziłem. - Lepiej będzie jak zostawimy tu konie i sami się wespniemy.
 - Okej! - Lotti zawoła radośnie i sprawnie zeszła z konia.
                   Przywiązaliśmy zwierzęta do drzew i udaliśmy się w podróż.
                   Wspinaczka nie była jakoś strasznie trudna. Szybko i bezproblemowo dostaliśmy się na szczyt. Naprzeciwko nas znajdowała się jaskinia. Dość spora jaskinia. Jakim cudem nie widać jej z dołu? Spojrzałem na towarzyszkę. Jej oczy rozbłysnęły. Zaciekawiła się. To jest dopiero ciekawska osóbka. Pobiegła z uśmiechem do jaskini. Westchnąłem i ruszyłem za nią.
                   Dogoniłem ją, gdy stanęła na środku jaskini. Mimo swojej drobnej postury, była bardzo szybka, silna i zwinna. Widziałem głównie ciemność, ale jednak potrafiłem dostrzec, że nic tu nie ma. Jama była pusta.
 - Jak to możliwe? - szepnęła zawiedziona dziewczyna.
                   Poklepałem ja po ramieniu i odwróciłem się, aby wyjść.
 - Po prostu nas wykiwał - stwierdziłem i zacząłem iść w kierunku wyjścia, kiedy coś usłyszałem.
                   Od razu stanąłem i wytężyłem słuch, odruchowo łapiąc za rękojeści sztyletów znajdujących się przy pasie. Na pewno coś słyszałem. Odwróciłem lekko głowę, by spojrzeć na blondynkę. Również stała w miejscu, rozglądając się uważnie. W rękach trzymała łuk z przygotowaną strzałą. Nie byliśmy ludźmi, których łatwo zaskoczyć. W końcu mieliśmy tytuł najlepszych łowców w mieście, a nawet w kilku sąsiednich o nas mówiono. Znowu usłyszałem jakiś dźwięk. Brzmiał jak kapiąca woda. Może gdzieś tu jest jakieś małe źródełko? Odetchnąłem i obejrzałem się do dziewczyny. Chciałem ją zawołać, ale ona dalej stała tak jak wcześniej. Dla niej było to coś dziwnego. Miała lepszy słuch i instynkt jej nigdy nie zawodził, więc postanowiłem jej, i tym razem zaufać. Wyjąłem sztylety, obracając je w dłoniach i ponownie zacząłem słuchać.
                   Zamknąłem oczy, aby lepiej się skoncentrować. Mimo to dalej nie mogłem nic wyczuć. Po prostu nikogo tu nie było. Klient nas wykiwał. Plusem było to, że wspinaczka nie była specjalnie niebezpieczna. Moje powieki uniosły się. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem pomieszczenie. Nic się nie zmieniło.
                   Już miałem schować broń i podejść do Char, kiedy poczułem na plecach lekki wiatr. Jakby ktoś tamtędy przebiegł. Gwałtownie się obróciłem, jednak nikogo za mną nie było. Wiedziałem, że to mi się nie zdawało.
                   Ktoś tu jednak jest, tylko nie wiem kto.
                   Usłyszałem delikatny trzask. Rozejrzałem się. Otaczało mnie około siedmiu ludzi. Byli ubrani na czarno i zamaskowani. Mogłem jedynie dojrzeć ich spojrzenia. Więc to była po prostu pułapka, a my naiwni daliśmy się w nią złapać.
 - Lottie! - krzyknąłem, obracając się w stronę dziewczyny.
                   Trzymał ją jeden z zabójców. Przykładał sztylet do jej szyi.
                   Nie... To się nie może tak skończyć!
                   Char nie walczyła. Wisiała bezwładnie lekko nad ziemią ze stalą przy gardle. Wiedziałem, że była przerażona. Czułem to, ale nie mogłem nic zrobić. Strach sparaliżował moje ciało, a w dodatku byłem otoczony.
                   Zauważyłem, że usta Charlotte poruszają się. Z ruchu warg wyczytałem "przepraszam". Zobaczyłem spływającą po policzku blondynki łzę.
                   Otępiały upadłem na kolana, gdy mężczyzna poderżnął jej gardło.
                   Nie, nie, nie, nie... Proszę... tylko nie to... nie...

♠~***~♠

                   Obudziłem się z krzykiem. Dyszałem ciężko. To było jak koszmar, którego nie chciałem powtarzać. Ale byłem do tego zmuszony. Za każdym razem tak to się kończyło. Trafiałem do różnych światów i żyłem z nią. Jednak zawsze nasze szczęście kończyło się jej śmiercią, a ja lądowałem w nowym świecie. Nie wiedziałem dlaczego tak się działo. Nie rozumiałem tego. Po prostu nie rozumiałem. Nie chciałem widzieć jak Charlotte za każdym razem umiera. Kochałem ją i chciałem mieć ja przy sobie. Chciałem, aby żyła! Ale... zawsze było tak samo. Wszystko kończyło się tak samo.
                   Wszystko kończyło się moim cierpieniem.

♠~***~♠

                   Ból był wszystkim co czułem. Tak cholernie bolało! Modliłem się, aby ktoś to zatrzymał. Myślałem, że zacznę świrować. Ból otumanił mnie. Wszystko było jakby za mgłą, a głosy dobiegały jakby spod wody. Pragnąłem tylko zamknąć oczy i nic już nie czuć.
 - Pomóżcie mi. - Męski głos ledwo dobiegał do moich uszu.
                   Poczułem, jak przenoszą mnie na łóżko. Potem zemdlałem.
                   Kiedy się ocknąłem, widziałem przez chwilę tylko biel. W sumie cały pokój był biały. Powoli przetarłem ręką oczy. Spróbowałem się podnieść, ale od razu opadłem z powrotem na łóżko. Nie bolało tak mocno, jednak byłem zbyt słaby by usiąść. Przekręciłem głowę w bok, by spojrzeć na drzwi. Za nimi ujrzałem dziewczynę o blond włosach, sięgających pasa rozmawiającą z jednym z lekarzy. Mężczyzna wskazał palcem, na mnie i uśmiechnął się. Charlotte szybko się odwróciła i pobiegła do drzwi. Otworzyła je i wbiegła do pokoju. Teraz wyraźnie widziałem, że w oczach miała łzy.
 - Coś się stało? - zapytałem ze spokojem, starając się uśmiechnąć.
                   Spiorunowała mnie wzrokiem. Myślałem, że zaraz się na mnie rzuci z chęcią uduszenia, ale opanowała się i usiadła na krześle obok łóżka. Spuściła głowę, wpatrzyła w podłogę, położyła dłonie na kolanach i zacisnęła w pięści.
 - Czy ty zawsze musisz zadawać takie głupie pytania? - spytała, dalej patrząc w ziemię. Na materiał sukienki skapywały łzy. Wyciągnąłem powoli rękę i delikatnie otarłem łzy z jej policzka. Podniosła głowę i spojrzała na mnie. - Myślałam, że umrzesz!
 - Ale żyję, więc jest dobrze, prawda? - Spoglądałem na nią łagodnie. Była piękna, nawet jeśli ciągle płakała. W sumie to przez łzy jej niebieskie oczy rozjaśniły się. Wyglądały na jeszcze bardziej barwne. Nic nie odpowiedziała, a ja ciągle przykładałem dłoń do jej policzka. Był taki ciepły.
                   Do pokoju wszedł lekarz. Lottie na dźwięk rozsuwanych drzwi od razu wstała i odwróciła się. Moja ręka jeszcze przez chwilę wisiała w powietrzu, a później opadła bezwładnie na pościel. Mój wzrok zwrócił się w kierunku doktora.
 - Lepiej niech pani usiądzie - zwrócił się do Char - nie mam najlepszych wieści. - Dziewczyna stała jak sparaliżowana. Spuściła głowę. Przyłożyła jedną dłoń do ust, drugą zaś do piersi. Widziałem jak na wykładzinę spadają małe krople. Mężczyzna postanowił kontynuować. - Został pan postrzelony w pierś i okolice wątroby, ma pan wielkie szczęście, że żyje. Dobra wiadomość jest taka, że kula w piersi nie przebiła się do serca. Druga też nie dotknęła innych narządów... Poza wątrobą. I to jest ta zła wiadomość.
                   Doktor chyba wyczekiwał mojej reakcji, bo wpatrywał się we mnie. Zmarszczył brwi. Widocznie nie zareagowałem tak jak powinienem. Właśnie oznajmiono mi, że mam kulę w wątrobie i piersi, a ja leżałem spokojnie. Najwidoczniej lekarz się poddał, bo dodał:
 - Nie obejdzie się bez przeszczepu. Przykro mi. - Ale mi nie było przykro.
 - Macie już jakiegoś dawce? - spytałem dalej ze spokojem co zaczęło denerwować mężczyznę.
 - Nie - odparł, patrząc na mnie chłodno.
                   Uśmiechnąłem się. Lubiłem denerwować ludzi. Choć w sumie moje życie było zagrożone, każdy normalny człowiek by się tym przejął, ale ja nie. Może cieszyłem się, że nic nie stało się Lottie.
 - Ja to zrobię! - Mój wzrok przeniósł się na dziewczynę. Podniosła głowę i otarła łzy. Była zbyt pewna siebie. Lekarz spojrzał na nią jak na jakąś nienormalną, za co miałem szczerą ochotę coś mu zrobić. - Ja będę dawcą!
                   Usłyszałem jakby coś pękło. Moje oczy gwałtownie się rozszerzyły. Szybko usiadłem na łóżku, ignorując ból, który temu towarzyszył.
 - Chyba żartujesz... - wydusiłem. Char nawet na mnie nie spojrzała. Tak bardzo była uparta, że po prostu zignorowała to co powiedziałem.
 - Hmmm... Jeśli tylko wszystko będzie zgodne - stwierdził doktor. - Musimy przeprowadzić kilka badań.
                   Dziewczyna kiwnęła głową.
 - Nie zgadzam się! - krzyknąłem na tyle głośno, że oboje musieli zwrócić na mnie uwagę. Włącznie z pielęgniarką przechodzącą korytarzem za drzwiami.
 - Nie masz tu nic do mówienia - wycedziła przez zęby Charlotte. Łzy z jej oczu zniknęły, za to teraz widniały w nich iskierki zdenerwowania.
 - Ale... - zacząłem, lecz od razu się poddałem. Jej wzrok przeszywał mnie zmuszając do przyznania jej racji. Jednak nie chciałem tego. Wiedziałem czym to może grozić.
 - Mam nadzieję, że wie pani, iż może umrzeć na stole - ostrzegł doktor. Lottie odwróciła się w jego stronę. Z całego serca dziękowałem mu, że to on wypowiedział te słowa.
 - Wiem... - W jej głosie słychać było wahanie - Ale i tak chcę to zrobić!
                   Lekarz kiwnął głową i otworzył drzwi.
                   Wyszedł a Char poszła za nim.

♦♦♠♦♦♠♦♦♦♦♠♦♦♠♦♦♦♦♠♦♦♠♦♦♦♦♠♦♦♠♦♦♦♦♠♦♦♠♦♦♦♦♠♦♦♠♦♦♦♦♠♦♦♠♦♦♦♦♠♦♦♠♦♦♦♦♠♦♦♠♦♦
Wybaczcie... nie znam się zbytnio na medycynie T.T Ale chyba nie pomieszałam tego jakoś bardzo x.x To wszystko przez Doktora House'a, tak mnie wzięło aby napisać coś takiego... Trochę zmieniłam początkowy pomysł na ten one-shot, ale myślę, że nie będzie tak źle. 
No więc oto i kolejna część one-shota.
Miał być świąteczny... Gomene, Ginny! T.T Następna część będzie :3
Tak wiem, że jest 2 miesiące po świętach... co z tego...
No to ten... one-shot będzie miał jeszcze około 2 części xd 
Ogółem to rozdział głównej historii jest w trakcie pisania i mam nadzieję, że niedługo go wstawię :D
Jeśli ktoś nie zauważył to z tego bloga zniknęły one-shoty nie powiązane w jakiś sposób (tak jak ten) z fabułą opowiadania. Stało się tak, ponieważ mam zamiar założyć 3 bloga (tak jestem poje...szalona), na którym będę publikować wszystkie krótkie historie niezwiązane z fabułą We live as we dream lub Magic is like destiny.
Na początku będzie on funkcjonował tylko jako taki, na którym będę dobrowolnie umieszczać opowiadania. Później może przekształci się w zamawialnie. 
Kto to tam wie xd
Tak, więc za 5 dni mam ferie, podczas których postaram się napisać kilka rozdziałów i skończyć tego shota... Ale wiecie jak to ze mną jest T.T
Ale na pewno ponadrabiam wszystkie zaległości w czytanych przeze mnie opowiadaniach ^^ Przynajmniej trochę ;3
To by było chyba na tyle ode mnie... zapraszam też tutaj: Magic is like destiny i tu: Mania na Youtubie!
Bye, bye!

4 komentarze:

  1. W końcu!
    Dwa miechy czekałam na tą część... One - shot zarąbisty, ni dodać ni ująć :) Nie chcę się wyrażać dosadniej z uwagi na fakt, że mogą tu zaglądać znacznie młodsi ode mnie czytelnicy ^.^'' House! Jak mogłeś pomieszać mojej ukochanej Manii w głowie, co?! =.=''' >.< Hahaha, na swoim drugim blogu mówiłaś/ pisałaś, że nie jesteś szalona, a tutaj przyznajesz się otwarcie, iż jednak jest z Tobą nie tak xD Nie ogarniam tego xD Chociaż sama jestem kobitką ^.^ No, ja myślę, że nadrobisz zaległości *patrzy groźnie na Manię* Co by tu jeszcze? No nie wiem... Kij z tym, dam Ci odpocząć od swojej upierdliwej osóbki...
    Rin: Coś ten komentarz strasznie lichy...
    *Ginny bije go kaktusem po łbe* Cichaj =.=
    No fakt, ten komentarz jest żałośnie krótki >.> Ale co mogę jeszcze dopisać? A może mam się powtórzyć? Ta część jest zarąbista, tylko dlaczego jeden z bohaterów musi cierpieć? *foch*
    Rin: Powiedziała ta, co wręcz uwielbia oglądać/ czytać smutne sceny, mimo tego, że przy nich płacze =.=
    Shut up!!! Dobra, kończę, bo zaraz Rin Ci wszystko o mnie opowie =.= A ponoć to baby plotkują >.>
    Sayonara~
    Rin: Pa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwa miechy... serio..? Jak to szybko zleciało.. o.o xD Hehe.. wątpię xD Oj nie wiń mojego House'a :c xD Ee.. bo tam to inna sprawa... bo to nie takie szaleństwo.. ee.. xD Cii... xD Nadrobię! *staje na baczność* Obiecuję!
      Kaktus.. ou.. Ginny przeniosła się z Kurikary na kaktusy o.o
      Ee... bo.. bo będzie to ładnie wytłumaczone w dalszych rozdziałach głównej historii :3 Spokojnie.. tutaj będzie happy ending, ale nie w one-shocie.. chyba xD
      Oj tam, ja też to kocham <3 Myślisz, że po co oglądam smutne animce xD
      Rin.. opowiadaj dalej ! :D
      Bye, bye

      Usuń
  2. Tak, dwa miechy xD Będę winić =.= Kupiłam ostatnio aż TRZY ŻYWE, to co mają się marnować? xD A tymczasem Kurikara sobie odpocznie ;) No ja, myślę, że nadrobisz :)
    Hmm, pożyjemy, zobaczymy, czy bd xD To good :) Hahaha, masochistki z nas xD A Rin już zarobił piąchę w kły za to paplanie =.= Ale, ale, jak chcesz wiedzieć więcej, to musisz poczekać do ferii :3 Bo chyba na wtedy się "zgadałyśmy", nie?
    Rin: Dafsz mi pieniadze na dendyste?
    Ginny: Zarób sobie =.=
    Sayonara~
    Rin: Pa! *macha, uśmiechając, przez co widać, że brakuje mu dwóch przednich jedynek*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o.o o kurde... x.x Nie wiń :c No nie... nie warto marnować kaktusów xD
      Hehehe.. xD No lekkie, ale cóż xD Jakbyśmy się na niczym nie wzruszały to jakie z nas kobiety xD i ludzie ;o x.x
      T.T Dopse.. poczekam :D
      No ba ^^
      Hahah.. już widzę, jak Rin pracuje... hahahahah xD

      Usuń

Krótki komentarz potrafi wiele zdziałać. Pamiętaj.